Pandemia białoruskiego patriotyzmu

przez | 20 sierpnia, 2020

Poprzedni wpis wywołał falę reakcji, w tym kilka komentarzy na Facebooku. Na część z nich odpowiedziałam bezpośrednio, ale widzę potrzebę ujęcia swoich myśli w jeszcze jeden tekst. Podkreślam jednak, że są to moje własne refleksje i spostrzeżenia, oparte na docierających z różnych stron informacjach, osobistym doświadczeniu i intuicji.

Za czym tęsknią Białorusini?
Jest to może najmniej ciekawe dla was, Polaków, ale tak ogromnie ważne dla tych, którzy kochają prawdziwą Białoruś, tę córkę Wielkiego Księstwa Litewskiego. Pomimo radzieckiej indoktrynacji, pomimo byle jak wykładanej historii, pomimo lekceważenia naszego ojczystego języka, przynajmniej część z nas ma gdzieś w sobie świadomość, że Białoruś nie zaczęła się w 1989 r. (Chcąc nie chcąc, nasuwa mi się porównanie do tradycyjnego katolicyzmu, który choć po Vaticanum II usuwany i wyśmiewany, trwa i odradza się.) Tzw. „świadomi” Białorusini tęsknią za swoim krajem, którego we współczesnej Białorusi można czasem znaleźć ślady. Bardzo trafnie ukazał to zespół NRM w piosence Менск і Мінск: „My mieszkamy jednocześnie w dwóch miastach…”

Wtręt autobiograficzny
Zrobię tu margines osobisty. Przez długi czas miałam problem z tożsamością. Uczono mnie miłości do Białorusi, pierwszym moim językiem jest białoruski, od małego uczestniczyłam w opozycyjnych demonstracjach, uczyłam się w białoruskim podziemnym liceum i należałam do młodzieżówki Białoruskiego Narodowego Frontu. A potem wyjechałam na studia do Polski i wyrobiłam Kartę Polaka. Co roku, wypełniając wniosek o wizę, wpisywałam narodowość polską. Serce mi się kroiło, bo choć polskie korzenie mam naprawdę, nigdy nie byłam wychowywana jako Polka. Z drugiej strony, przyjeżdżając w wolnym czasie na Białoruś, odczuwałam, że już się tam nie odnajduję. Nie jestem patriotką ani kraju, z którego wyjechałam, ani tego, w którym mieszkam. Kocham natomiast Wschodnią Polskę. Tu jestem w domu. Jestem Kresowianką vel Litwinką, „tutejszą”, poddaną Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Brzmi to prawie jak „jestem hobbitem”, marzenie o powrocie do monarchii zdaje się być mrzonką naiwnego umysłu, ale w końcu odnalazłam siebie. I nie jestem osamotniona.

A Polacy już nie pamiętają…
Wybaczcie, ale w niektórych waszych komentarzach przerażonych ewentualną Rosją u granic i w mówieniu „przecież u was nie jest tak źle, Chiny mają gorzej” ja widzę egoizm i kompletne zapomnienie wspólnego dziedzictwa. Lubicie mówić o Kresach Wschodnich i udowadniać, że Mickiewicz jest polskim poetą, ale gdy Białorusini zaczęli budzić się jako naród, to nie jest to wam na rękę. Ba, białoruski „chaos”, nagła fala powstańcza was niepokoi – pomimo że, cholera!, jesteście przecież tacy sami! A przynajmniej byliście kiedyś… Tęsknię za postawami z Błogosławionej winy Zofii Kossak.

A jeśli dalej będzie gorzej?
Zacznijmy od pytania: co znaczy „gorzej”? Stan Białorusi przez ostatnie lata określiłabym jako „stabilna patologia”, tzn. jakoś to działa, w miarę przewidywalnie, więc zwykli obywatele, niepragnący „czegoś więcej”, mogą czuć się dosyć spokojnie. Ciągle przypominam pewien dowcip o białoruskiej mentalności, jak to car rozkazał powiesić Niemca, Polaka i Białorusina. Pierwszy od razu zmarł, drugi trochę się powiercił i też zmarł, a Białorusin wisi dzień, wisi drugi, wisi trzeci i żyje. W końcu go zdjęli i pytają, jak to mu się udało. A on odpowiada: „Na początku trochę uciskało, a potem się przyzwyczaiłem”. Nasz naród nie będzie walczył, póki nie stwierdzi, że jest już na skraju wytrzymałości i że zmiana jest konieczna, że warto dla niej poświęcić święty spokój.

Nie wierzę, że u nas będzie Ukraina, bo nie jesteśmy Ukraińcami. My naprawdę jesteśmy inni. Może być, że po wygranej będą głosy żalu po „starych czasach”, jak też niektórzy teraz tęsknią do ZSRR. A propos, czy aż tak źle było w Związku Radzieckim? I jednak nie przypominam sobie Polaków, chwalących Łukę, którzy by jednocześnie mówili „szkoda, że ZSRR się rozpadł”. A może są tacy? Ujawnijcie się, uzasadnijcie, proszę.

Jest jeszcze jedna kwestia, ogólnie pomijana. Łukaszenka nie jest Leninem – kiedyś umrze. Jeśli teraz Białorusini go nie usuną, to za jakiś czas – dłuższy czy krótszy – i tak staną w podobnej sytuacji, kiedy różne siły zaczną wysuwać swoich kandydatów i prowadzić własną politykę. I kto wie, czy wtedy te siły nie będą bardziej przygotowane. Zasięg obecnego protestu jest zaskoczeniem dla wielu. Myślę, że mógł nie być przewidziany, i to daje szansę na nieszablonowy rozwój wydarzeń.

„Ktoś na pewno za tym stoi!…”
W jednym z facebookowych komentarzy pojawia się pytanie o „prawdziwą alternatywę” i uwaga, że „celem oporu raczej nie jest zamiana tyranii na tyranię wprowadzoną kuchennymi drzwiami, czy coś równoważnie złego”. Zastanawia mnie w tym jedna rzecz – głębokie przekonanie, że koniecznie będzie gorzej. Przy tym przekonanie na tyle mocne, że walka o wolność i prawdę staje się w tej perspektywie większym złem.

Prawie na pewno, gdzieś ktoś za tymi zamieszkami stoi. Nie wiem tylko, czy to są masoni ze zgniłego Zachodu, czy Rosja, czy milczące Stany. A może Chiny wykorzystali koronawirusa (o tym niżej), by poprowadzić swoją politykę? Chińczyków na Białorusi jest dużo, przyjeżdżają na studia, a w kilku szkołach, w tym jednym z czołowych gimnazjów Mińska, od kilkunastu lat można wybrać chiński jako podstawowy język obcy. W ogóle, według mnie, bardziej prawdopodobne jest, że są różne siły, które od swojej strony podsycają konflikt i mają własne plany na Białoruś.

Tylko jest jedna rzecz, której nie zrozumie człowiek, który nie przeżył tych lat pod Łukaszenką, który nie uczestniczył w poprzednich „walkach o demokrację” i nie widział, jak one upadały, który nie rozmawiał wtedy z Białorusinami: takiego pospolitego ruszenia u nas nigdy nie było. Żadna siła wewnątrzkrajowa ani zewnętrzna nie potrafiła wcześniej przekonać całą Białoruś do powstania. Coś się zmieniło w samych ludziach. Ja osobiście już dawno się rozczarowałam w swoim narodzie i myślałam, że coś w rodzaju białoruskiej Solidarności jest prawie niemożliwe. Jesteśmy zbyt pogodni, zbyt cierpliwi i… zbyt różni. To, co widzę teraz, jest jak sen, jak marzenie, jak cud. I tak to widzą moi znajomi na Białorusi.

Naiwność?
Powtórzę swoją opinię z Facebooka: Białorusini nie są naiwni. Ok, może inaczej. Jeśli uwierzą, że jest możliwa współpraca z obecnym reżimem, że Łukaszenka wprowadzi korzystne zmiany w konstytucji, albo jeśli teraz wycofają się z protestów, bo „nie wyszło, po dwóch tygodniach Łuka nie odszedł”, to właśnie będzie naiwność. Natomiast możliwa i wysoce prawdopodobna manipulacja z różnych stron nie przyniesie innych skutków niż to, czym białoruskie społeczeństwo i tak się charakteryzuje: wewnętrzne podziały, podejrzliwość, wycofanie się. Odwołam się do kolejnego utworu NRM, który to zespół doskonale rozumie duszę białoruską. W Беларускіх дарогах jest taki tekst: „Na białoruskich drogach lud pospolity. Kogoś ciągnie na zachód, inny dąży ku wschodowi. Ktoś potrzebuje wolności, a ktoś ucisku. To wcale nie rozpusta, to jest różnorodność w gustach”. Nic nowego, my tak funkcjonujemy! Nowym jest to, że teraz Białorusinów połączyła jedna idea. I jest nią niechęć do Łukaszenki. Za kim pójdą dalej? Nikt tego nie przewidzi. Ale zmarnować ten moment byłoby porażką.

Wirus opozycji?
Oprócz wspomnianych w poprzednim wpisie przyczynach, dla których konserwatywni Polacy cenią Łukę (jak „walka z chorymi ideologiami”), w ostatnich miesiącach pojawiła się jeszcze jedna. Koronawirus. Bo Łukaszenka „nie wierzy” w koronawirusa, bo Białorusini nie są zobowiązani do noszenia maseczek, bo jako jedyny wśród wszystkich dookoła nie uległ szaleństwu pandemii. Mówi o tym m.in. abp. Lenga. Zabawne i smutne, że widzi się w tym mądrość i niezależność. Spróbuję przedstawić swoją wizję sytuacji, bo zdaje mi się, że czynnik wirusowy jest przez zewnętrznych obserwatorów pomijany albo źle interpretowany.

Łukaszenka wirusa zignorował. W czasie, gdy cały świat się przestraszył, kraje zaczęły podejmować różne działania ochronne, on mówił o bani i wódce. Ludzie w innych krajach umierali i informacja o tym docierała do Białorusinów, ale Łuka był obojętny. Część Białorusinów sama podjęła działania profilaktyczne, zaczęła nosić maseczki i korzystać z płynów dezynfekujących. A jeszcze, ludzie zaczęli chorować i umierać… (Spoko, drodzy „niewierzący w pandemię”. Wasze prawo. Ja swoją opinię już we wcześniejszych tekstach wyrażałam. Uważam, że wirus jest, jest dosyć zaraźliwy i zwiększa prawdopodobieństwo śmierci zwłaszcza u osób osłabionych. Jednocześnie medialna panika jest chora i z pewnością wykorzystywana przez niedobrych ludzi. Stoję na stanowisku umiarkowanej czujności.) Rozmawiałam z mamą i z przyjacielem, który wtedy był na Białorusi. Opowiadali mi, jak wygląda sytuacja, gdy nie pozwalano wpisywać zmarłym covida, a Łukaszenka śmiał się z tych, co odeszli. Wtedy zniechęcił do siebie naród.

Lata temu Dale Carnegie pisał o wynikach ankiety, według której na pierwszym miejscu ludzkich zainteresowań jest ich zdrowie i życie. Zresztą, przypomnijmy sobie podstawę piramidy Masłowa: potrzeby fizjologiczne i potrzeba bezpieczeństwa. Lekceważąc koronawirusa, Łuka dał ludziom do zrozumienia, że oni go nie obchodzą. Potrzeby państwa – jak stabilność gospodarcza – stoją wyżej niż dobro jednostki. Wcale nie jestem przekonana, że on by się zachował inaczej, gdyby przyszła dżuma. Skądinąd słuszne (sic!) uwagi o przesadnej uwadze do koronawirusa i potrzebie braku paniki nie usprawiedliwiają wyszydzania umierających. To był strzał w stopę.

Miesiąc przed wyborami ktoś w sztabie marketingowym Łukaszenki opamiętał się, i oto się okazało, że Łuka też miał koronawirusa. Co więcej, skwitował to frazą: „Wreszcie i ja trafiłem do złotego funduszu Białorusi, przeżywszy tego wirusa”. Zmiana retoryki na miarę Szu…
Ok, nieważne. To już jest inna historia.


Docierają do mnie różne opinie. Widzę wśród Białorusinów mieszkankę entuzjazmu, nawet euforii, z rozczarowaniem i obawą, że nie wytrzymają. Nie wiemy, co czeka Białoruś. Pewne jest, że potrzebujemy modlitwy.

2 myśli nt. „Pandemia białoruskiego patriotyzmu

  1. Maciej

    Jako Polak jestem za Wami całym sercem, bo byliśmy kiedyś jak dwa płuca w jednym organiźmie. Tylko po tym co przeszliśmy po 89. roku po prostu obawiam się, że jeśli
    otworzycie się na Zachód a Wasze elity będą zbyt miękkie lub przekupne lub podatne na różnego rodzaju hochsztaplerow/doradców to będziecie mieli do zapłacenia wielkie koszty. Proszę uczcie się na naszych błędach. Oczywiście będę się modlił, żebyście przeszli ten niespokojny okres jak najlepiej, bo lawina już ruszyła.

    Odpowiedz
    1. Alena Autor wpisu

      Dziękuję za wsparcie i modlitwę!

      Ja też się tego boję. Gdy byłam nastolatką, należałam do eurooptymistów — jak i ogólnie opozycja, którą znałam. Razem z innymi dawno temu krzyczałam „Łukaszenka do dupy, Białoruś do Europy!”. Przebywanie w Polsce i studia teologiczne uświadomiły mi, że wcale nie chcę Białorusi w Unii Europejskiej. Ba, ja nie chcę Unii w tej postaci, w jakiej ona teraz się prezentuje. Bardzo bym chciała, żeby osoby wpływowe uczyły się na błędach innych krajów, choć słabo w to wierzę… Obym byłam tak samo pozytywnie zaskoczona, jak i tym pospolitym ruszeniem!

      W każdym razie, Pan dobrze zauważył: „lawina już ruszyła”. Jeśli nie zostanie brutalnie zahamowana, łamiąc w ludziach jakąkolwiek nadzieję i odwagę, to przed Białorusią staną nowe wyzwania, których przed tym nie doświadczyła. To będzie zupełnie nowy etap.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.